Kościany galeon
Logo Fabryka Słów

Egzekucja

2012-07-01

A mimo to, zaskoczę was, moi mili?, sznur zerwał się po raz drugi. Jeszcze szybciej niż poprzednio. Kat po prostu usiadł z wrażenia na podeście i ukrył twarz w dłoniach, a na placu zaległa przeraźliwa cisza, którą rozrywało tylko charczenie oraz kaszel leżącego skazańca.

— Ups — powiedział Springer i sam chyba przestraszył się własnego głosu, bo spuścił szybko głowę.

Było to niezłe podsumowanie całej sytuacji. Chciało mi się śmiać, a zarazem byłem zdumiony, gdyż po raz pierwszy widziałem tak niezwykłe wydarzenie w czasie egzekucji. Owszem, czasami za zgodą lub niemym przyzwoleniem urzędników, inscenizowano podobne sceny, by ocalić skazanego. Ale w tym wypadku nie było mowy o żadnym oszustwie. Zbrodniarz z Biarritz miał cholerne, wielkie, niespotykane i niewiarygodne szczęście. Albo faktycznie mieliśmy do czynienia z cudem. Tylko widzicie trzeba by jeszcze określić, kto dawał ten cudowny znak? A tu sprawa nie była wcale jasna, bo doskonale wiemy, jak wielka jest potęga Złego i do jakich przemyślnych podstępów zdolny jest Szatan, aby zmylić serca pobożnych owieczek.

czytaj dalej

Spotkanie po latach

2012-07-01

Do Cloppenburga wjechałem tuż przed południem. Założyłem oficjalny strój: czarny kaftan z wyhaftowanym na piersi połamanym, srebrnym krzyżem, czarny płaszcz i kapelusz z szerokim rondem. Na gościńcu od razu zrobiło się jakby luźniej, a pod cloppenburskie bramy podjechałem szerokim korytarzem, utworzonym z czekających na przepustkę ludzi, którzy nad wyraz szybko się przede mną rozstępowali. Ot, drobne korzyści inkwizytorskiego fachu.

Strażnicy miejscy, uzbrojeni w okute żelazem pałki, ustąpili mi drogi równie ochoczo, a ich sierżant skłonił się dość nisko.

— Jak wasza wielmożność pozwoli, wskażę drogę do Inkwizytorium — powiedział pokornym głosem.

— Znam ją — odparłem i skinąłem mu głową.

Faktycznie znałem drogę, a zresztą w niemal każdym mieście placówka Inkwizytorium była budowana na samym rynku lub w jego pobliżu, najchętniej tuż obok ratusza. Nasza siedziba w Cloppenburgu nie należała do szczególnie wystawnych. Ot, ceglany piętrowy dom, otoczony najeżonym szpikulcami murem (tak jakby ktokolwiek chciał się włamywać do Inkwizytorium) i drewniana brama, przy której zawsze czuwał miejski strażnik. Sama posesja była również niewielka. Rosło na niej kilka owocowych drzew, a wzdłuż wschodniej części muru ciągnęły się grządki warzywne oraz zielnik. Do południowej ściany przytulała się stajnia. Nic specjalnego i nic oryginalnego.

czytaj dalej

Verma

2012-07-01

Tego dnia leżałem w pokoju na piętrze karczmy i wsłuchiwałem się w jazgot wichury za okiennicami. Lato właśnie odchodziło, zaczęły się pierwsze zimne, dżdżyste dni. I całe szczęście, gdyż wtedy smród rynsztoków, i tego największego z nich, umownie nazywanego tu rzeką, wydawał się ustępować. A wasz uniżony sługa ma niezwykle czułe powonienie i odór gnijących odpadków oraz nieczystości budzi jego jakże uzasadniony wstręt. Rozmyślałem nad własnym, wysublimowanym poczuciem estetyki, kiedy usłyszałem kroki na schodach. Najbardziej rozchwierutany stopień skrzypnął przeraźliwie, a ja uniosłem się na łokciach i spojrzałem w stronę drzwi. Rozległo się ciche pukanie.
– Wejść – powiedziałem i drzwi uchyliły się.
W progu zobaczyłem kobietę okutaną w wełnianą, szarą chustę. Jej twarz była barwy owej chusty, a długi, haczykowaty nos sprawiał, że wyglądała jak czarownica z sabatowych sztychów. Ach, zresztą mylne wyobrażenie, mili moi. Zdziwilibyście się, wiedząc, że i piękne oraz dobrze urodzone kobiety potrafią oddawać się diabłu. Bo czegóż miałby on szukać u wyschniętych, wyblakłych niewiast jak ta, która odwiedziła mnie w pokoju? Wiadomo, że również diabłu bardziej podobają się urodziwe młódki o świeżych policzkach i stromych piersiach. Niemniej kobieta, która do mnie przyszła, miała piękne, zielonkawe oczy i czujne spojrzenie ptaka.
– Mistrzu Madderdin – powiedziała, pochylając głowę. – Czy zechcecie mnie przyjąć?
– Proszę – odparłem i wskazałem zydel, a ona przysiadła na jego skraju. – Czym wam mogę służyć?
– Nazywam się Verma Riksdorf, szlachetny mistrzu, i jestem wdową po kupcu zbożowym Amandusie Riksdorfie, zwanym Żyłą.
– Aż tak był ostrożny w planowaniu wydatków? – zażartowałem.
– Nie, panie. – Zauważyłem, że rumieniec pojawił się na jej policzkach. – Przezwano go z innego powodu...
Chciałem spytać z jakiego, lecz nagle się domyśliłem i roześmiałem.
– Ach, tak – powiedziałem, a ona zaczerwieniła się jeszcze bardziej. – Słucham więc, Vermo. Z jaką sprawą przychodzisz?
– Potrzebuję pomocy. – Podniosła wzrok i spojrzała na mnie twardo. – Pomocy kogoś znacznego, niestrachliwego i gotowego, by odbyć podróż.

czytaj dalej

Ja, inkwizytor. Młot na czarownice - Fragmenty