Kościany galeon
Logo Fabryka Słów

Maskarada

2012-07-01

Neuschalk stał jeszcze dwa kroki ode mnie, a już okręciłem się z nożem w jednej, a krucyfiksem w drugiej dłoni. Bóg na szczęście obdarzył mnie łaską czujnego snu, co nie raz i nie dwa przydawało się w niebezpiecznych sytuacjach. Tym razem jednak miałem naprzeciw siebie tylko demonologa, zaskoczonego moją gwałtowną reakcją.

— Ehm... wybaczcie — mruknął, zastygając w miejscu. — Świta już...

Spojrzałem na pogrążony w porannej szarówce las i podniosłem wzrok na niebo. Słońca nie było jeszcze widać, ale ciemne pasma chmur wyraźnie nabierały brudnoróżowego odcienia. Konfrontacja z demonem, niestety, nadszarpnęła moimi siłami i czułem się podobnie jak po przepitej nocy. Mdłości, ból głowy, słabość mięśni... Nie miałem jednak czasu ani na odpoczynek, ani by się nad sobą rozczulać. Sięgnąłem do sakw po jedzenie i wgryzłem się w czerstwą bułkę oraz ser. Zobaczyłem, iż Neuschalk przygląda się, jak jem. Miał przekrwione, zapuchnięte oczy i nieszczęśliwy wyraz twarzy. Nawet jego pieczołowicie przystrzyżona broda była teraz zmierzwiona, a między włosy zaplątały się źdźbła trawy.

— Częstujcie się — powiedziałem z pełnymi ustami, a czarownik skwapliwie skorzystał z zaproszenia.

Potem szybko osiodłaliśmy konie i już bez zwłoki popędziliśmy leśną przecinką, mając za plecami wschodzące słońce.

— Teraz mówcie — rozkazałem, kiedy wyjechaliśmy na pole, które pozwalało nam galopować obok siebie, strzemię w strzemię.

czytaj dalej

Głupcy idą do nieba

2012-07-01

Zły łotr wrzeszczał niczym potępiony (zresztą słusznie, bo w końcu jak miał wrzeszczeć?), kiedy legioniści przybijali jego dłonie do krzyża. Dobry łotr krzyczeć nie mógł, gdyż przed spektaklem obcięto mu język i zaszyto usta. Jezus górował nad nimi wszystkimi, wpatrując się w przestrzeń bolesnym wzrokiem, a na jego twarzy odbijało się cierpienie. Tymczasem legionista huknął ostatni raz młotem w żelazny hufnal, a krzyż ze złym łotrem uniesiono na sznurze i postawiono. Kobieta, stojąca tuż obok mnie, głośno szlochała, jej synek przyglądał się wszystkiemu z palcem władowanym do ust i wytrzeszczonymi oczami. Ponieważ zły łotr nie przestawał wrzeszczeć (co mogłoby zaburzyć dalszy plan przedstawienia), legionista dźgnął go mocno pod serce ostrzem włóczni. Ukrzyżowany mężczyzna wyprężył się, potem zwiotczał, a głowa opadła mu na ramię. Z ust popłynęła gęsta strużka czerwonobrudnej krwi. Teraz nadszedł czas Jezusa. Grający go aktor (w jego wypadku hufnale wbito pomiędzy palce, między którymi ściskał pęcherze ze świńską posoką) powiódł wkoło wzrokiem i rzekł donośnie:

— Ukorzcie się przed Ojcem i uwierzcie we mnie. Kto mi zawierzy, ten jeszcze dzisiaj będzie sycić się chwałą Bożą!

— Sycić się chwałą? — mruknął ktoś obok mnie. — Na miecz Pana, z roku na rok są coraz słabsi!

Obróciłem się, by spojrzeć, kto wypowiedział te śmiałe słowa, i dostrzegłem mistrza Rittera, poetę, dramaturga oraz aktora. Musiał być wściekły, że nie jemu powierzono przygotowanie jasełek, gdyż z taką inscenizacją wiązały się zwykle wysokie wypłaty. A mistrz Ritter, jak większość artystów, cierpiał na chroniczny niedobór gotówki. W czym niewątpliwie był podobny do waszego uniżonego sługi.

— Piszecie gorsze rzeczy — szepnąłem złośliwie i dałem znak, by nie przeszkadzał.

— Odrzućcie szatana! — niemal krzyknął aktor grający Jezusa. — Oto powiadam wam: nadeszła chwila, w której musicie dokonać wyboru. Miłosierny Bóg mówi moimi ustami: ukorzcie się przed chwałą Pańską!

czytaj dalej

Piękna Ilona

2012-07-01

– Witajcie, panie Loebe – powiedziałem uprzejmie, ale nie podniosłem się z łóżka. – Siadajcie na zydlu.
Parsknął, widać nienawykły do takich powitań, i podejrzliwie przyjrzał się zydlowi, którego jedną nogę zastępował stos książek wydrukowanych przez mistrza Maktoberta. W końcu usadowił się ostrożnie.
– Co was sprowadza? – zagadnąłem tonem przyjacielskiej pogawędki. – Czym mogę wam usłużyć?
Oparł pięści na kolanach i pochylił się w moją stronę.
Dostrzegłem, że ma spoconą, zaczerwienioną twarz, i nie była to chyba tylko wina panującego w Hezie upału, lecz również gorączki.
– Poznaliście moją córkę, nieprawdaż?
– Zachwycająca młoda dama – odparłem. – I pozwolę sobie również powiedzieć: obdarzona niezwykłym talentem.
– Diabli tam talent! – niemal ryknął i huknął pięściami w kolana. Wyszczerzył zęby, jakby chciał mnie ugryźć. Otarłem policzek, gdyż kropelki jego śliny doleciały do mojej twarzy. – Nieszczęście tylko!
– Cóż się stało? – Poprawiłem się na poduszce, bo opowieść zapowiadała się na interesującą, skoro dotyczyła pięknej Ilony.
– Porwali ją – wydusił z siebie czerwony, jakby za chwilę miał paść na uderzenie krwi do mózgu. – Ten przygłup Schwimmer i jego kompani. Wyobrażacie sobie? Porwali ją!
– Och – rzekłem, nawet nie za bardzo zdumiony, gdyż Schwimmer wyglądał na zaczadziałego z miłości, a tacy ludzie decydują się często na wysoce nierozważne kroki. – Ufam, że powiadomiliście ludzi burgrabiego?
– Panie Madderdin, czy uważa mnie pan za idiotę? – zasyczał. – Oczywiście, że zawiadomiłem burgrabiego, milicje cechowe oraz... – urwał na chwilę, jakby zastanawiał się, jakich użyć słów – ...innych ludzi. Takich, którzy wiedzą, co się dzieje w mieście...
Domyśliłem się, że w ostatniej części zdania miał na myśli tongi – niezwykle groźny, świetnie zorganizowany cech przestępczy. Musiał być naprawdę zdesperowany, ponieważ zaciąganie długów u tongów nie należało do zajęć bezpiecznych, jakkolwiek bogatym czy znaczącym człowiekiem by się było.
– I co?
– I co, i co... – powtórzył za mną wściekłym głosem. – I nic! Jak kamień w wodę.
– Czego oczekujecie ode mnie? – spytałem. – Przecież musicie wiedzieć, że taka sprawa nie mieści się w gestii Inkwizytorium. – Panie Madderdin... – Sięgnął za pas, wyciągnął stamtąd pękaty mieszek i z brzękiem rzucił go na blat.
Zastanawiałem się, czy mieszek ten spęczniał od godnych pożałowania miedziaków, miłego oczom srebra, czy też ślicznego, ciężkiego złota. Wiedziałem, że niedługo sam się o tym przekonam.

czytaj dalej

Ja, Inkwizytor. Miecz Aniołów - Fragmenty