Kościany galeon
Logo Fabryka Słów

Spotkanie

2012-07-01

Siedziba zajmowana przez Polaków znajdowała się tuż za katedrą Jezusa Triumfatora, pośrodku pięknego, rozległego ogrodu. Był to dwupiętrowy pałac z wieżą w kształcie kopuły, do wejścia prowadziły białe kolumny i szerokie, marmurowe schody. Strażnikom przy bramie pokazałem list z pieczęcią i wtedy służący bez zwłoki zaprowadzili mnie do komnaty, w której urzędował poseł. Wojewoda Andrzej Zaremba był wielkim, brzuchatym mężczyzną o długich, siwych wąsiskach i czaszce okolonej wianuszkiem równie siwych włosów. Miał roześmiane, niebieskie oczy i mięsiste usta, znamionujące obżartucha oraz smakosza. Z wyglądu przypominał bogatego, swawolnego kupca lub poczciwego właściciela ziemskiego. Z tego, co wiedziałem, nie był jednak ani swawolny, ani poczciwy. Za to nieprawdopodobnie bogaty. Polskie poselstwo na ulice naszej stolicy wjechało, prowadząc czterdzieści rumaków szlachetnej krwi, z których każdy miał kopyta podkute złotymi podkowami. I Polacy nie przejmowali się, kiedy konie je gubiły. Oczywiście ku ogromnej uciesze gawiedzi. Podobno nawet padło kilka trupów w zażartej walce, jaką nasi mieszczanie stoczyli o złote podkowy.
– Wasza dostojność. – Pochyliłem się na tyle głęboko, by ukłon można było uznać za wystarczający dowód szacunku, lecz nie na tyle, by odebrano go jako oznakę służalczości.
– Siadajcie no, siadajcie, mistrzu inkwizytorze – zaprosił Zaremba po łacinie. – Gość w dom, Bóg w dom, jak powiadają. – Gestem rozkazał służącemu, by nałożył mi jedzenie i nalał wina.
Podziękowałem, siadając w fotelu obitym purpurowym, jedwabnym adamaszkiem.
– Słyszeliście o wypadkach, jakie zaszły w czasie audiencji, której raczył nam udzielić Najjaśniejszy Cesarz? – spytał prosto z mostu.
– Kto nie słyszał, jaśnie panie. Całe miasto...

czytaj dalej

Szpieg

2012-07-01

Weszliśmy do piwnic i pierwsze, co mnie uderzyło, to przeraźliwy smród. Ale zaraz potem usłyszałem krzyki, gdyż wariaci zorientowali się, że ktoś obcy pojawił się w ich świecie. Szedłem korytarzem, wzdłuż odgrodzonych kratami cel, a strażnik uprzejmie przyświecał mi pochodnią. Ritter miał rację, wzdrygając się na samo wspomnienie tego, co zobaczył w domu dla obłąkanych. Ci ludzie byli jak zwierzęta. Brudni, czasem nadzy i poranieni, wyjący, szarpiący kraty. Jakiś mężczyzna tłukł łbem w twardą posadzkę, inny siedział pośrodku celi i wznosząc twarz ku sufitowi, wył beznadziejnie, bez końca. Jakaś goła kobieta przylgnęła do metalowych prętów i zawodziła: „Weź mnie, weź mnie, weź mnie”. Ktoś inny stał na czworakach i pożerał ochłapy z wyszczerbionej miski, a kiedy nas zobaczył, zawarczał niczym pies. Wściekłym, groźnym warkotem, budzącym się gdzieś w głębi gardła. Nagle, gdy mijaliśmy jedną z cel, do krat przypadł staruszek o wychudzonej twarzy i zlepionej brudem brodzie.
– Dostojny panie! – zawołał zupełnie normalnym głosem. – Jeśli wolno na słówko...
Zatrzymałem się.
– Jestem tu przez pomyłkę – powiedział żałosnym tonem. – Bardzo proszę mnie stąd wyciągnąć.
Obróciłem spojrzenie na strażnika. Ten uśmiechnął się pod wąsem.
– Na ulicach jest tyle bezbożnych kobiet, Robercie – powiedział. – Śmieją się do mężczyzn, chcą z nimi cudzołożyć, rozkładają przed nimi nogi...
– Zabiję je wszystkie! – głos starego człowieka zmienił się tak bardzo, że nie byłem w stanie go poznać. Teraz przesycony był obrzydzeniem, wściekłością i nienawiścią. – Rozetnę ich grzeszne ciała, wypruję z nich flaki, ukrzyżuję je żywcem... – słowotok zamienił się w bełkot.
Staruszek szarpał za kraty, a w jego oczach było już tylko czyste szaleństwo.
– Zamordował kilka dziwek – wyjaśnił strażnik. – Ale jest kuzynem jednego z rajców, więc zamknęli go u nas, nie stracili...
Doszliśmy do końca korytarza.

czytaj dalej

Ja, Inkwizytor. Łowcy dusz - Fragmenty