Kościany galeon
Logo Fabryka Słów

Wywiad Valkiria

2012-07-01
Zapraszamy do przeczytania wywiadu z Jackiem Piekarą, zamieszczonego w serwisie Valkiria. Rozmowę przeprowadził Tomasz "Marchew" Marchewka.


Marchew: Jacek Piekara - pisarz, dziennikarz, zapalony gracz komputerowy, kinoman, miłośnik pięknych kobiet. Nie zapomniałem o niczym? Wydajesz się być człowiekiem renesansu, jak znajdujesz na to wszystko czas?

Jacek Piekara: Dodajmy „homo politicus” oraz fanatyk historii. Ale nie przesadzajmy z tym „człowiekiem renesansu”. Nie maluję, nie śpiewam, nie gram na żadnym instrumencie, nie tworzę projektów wielkich wynalazków. Powtórzę to co powtarzam w wielu wywiadach: uważajmy na słowa, gdyż podlegają dewaluacji. Kiedy w stosunku do różnych ludzi czy ich dokonań widzę określenia takie jak „człowiek renesansu”, „gwiazda”, „kultowy utwór”, to po prostu śmiech mnie porywa i trwoga. Kultową piosenką jest Obława Jacka Kaczmarskiego, czy We are the champions Freda Mercury, a nie piosneczki Dody, lub innego Frankensteina popkultury. Gwiazdami są Jack Nicholson, Robert de Niro, lub Michelle Pfeiffer, a nie byle polski aktorzyna z telenoweli, czy uczestnik tanecznego show. Kultowym pisarzem na polskim rynku jest Sienkiewicz, który u współczesnych sobie wzbudzał takie emocje, o które każdy dzisiejszy twórca mógłby się tylko modlić. Do dzisiaj, po stu latach od opublikowania Trylogii, mówimy „sienkiewiczem”, a stworzeni przez tego pisarza bohaterowie żyją w świadomości przeciętnego Polaka.


M: Jakbyś się w takim razie określił?

JP: Jestem człowiekiem pióra, mającym dość szerokie spektrum zainteresowań. Najlepiej powiedzieć, że jestem osobą ogromnie ciekawą świata. Ale nie „jajogłowym”, ślęczącym przy komputerze lub książkach. Prowadzę normalne, aktywne życie. Pływam, chodzę na siłownię, bawię się w nocnych klubach. W przyszłym roku zamierzam znaleźć wreszcie czas na poświęcenie się sportom ekstremalnym, takim jak rafting i kitesurfing. Chcę zrobić profesjonalne licencje nurkowe. U wielu polskich artystów widzę, że świat ich przeraża. Żyją w swoich wieżach z kości słoniowej, odseparowani od zwykłego życia. Ja się od życia nie separuję, ja je pożeram…


M: Jedna z Twoich ostatnich książek, Przenajświętsza Rzeczpospolita, była zdecydowanie mocnym uderzeniem wycelowanym w naszą rodzimą rzeczywistość. Piętnujesz nepotyzm, brak honoru, łapówkarstwo… Powieść, jak przystało na mocną treść, budzi spore kontrowersje. Spotkałeś się z ekstremalnymi reakcjami czytelników?

JP: Tak, Marcin Wolski były działacz PZPR i pieszczoszek komuchów, a obecnie ulubieniec nowej władzy, porównał mnie do Jerzego Urbana, przyznając zresztą, że książki nie przeczytał. Nie splunąłbym mu w twarz, tylko dlatego, że szkoda byłoby mi śliny. Z drugiej strony znakomity artysta Maciej Maleńczuk poświęcił tej powieści swój felieton i napisał, że jest to najlepsza książka, jaką ostatnio miał w rękach. Generalnie reakcje recenzentów oraz czytelników były dużo bardziej pozytywne niż się spodziewałem, zważywszy na niezwykłą brutalność powieści, zwłaszcza w sferze języka. Prostak zauważy w tej książce jedynie t.zw. „mocne sceny”, ktoś o bardziej wysublimowanym intelekcie dostrzeże, że jest to powieść o nieszczęściu, które spotyka ludzi. O rozpaczliwym pragnieniu dobra, piękna, lepszego życia… O tym, że nawet łajdak może zostać zbawiony.


M: Z tego, co wiem, projekt powstał dość wcześnie – Przenajświętszą zacząłeś pisać przed wybuchem kilku ze współczesnych politycznych afer. Jak przyjąłeś to, że część Twojej kreacji może być aż tak bliska prawdy?

JP: Zarys świata, pierwsze sceny i pierwszych bohaterów wymyśliłem jeszcze na początku lat 90-tych. Potem pliki leżały przez całe lata na twardym dysku komputera aż wreszcie zdecydowałem się wrócić do tej historii. Jednak chciałbym mocno zaznaczyć jeden fakt: Przenajświętsza Rzeczpospolita nie jest pamfletem politycznym wymierzonym w grupy, środowiska, partie, czy konkretnych ludzi. To antyutopia opowiadająca o alternatywnej Polsce, przy której nasz realnie istniejący kraj jest istnym rajem. A wielkie afery polityczne i obyczajowe zdarzają się wszędzie: w ONZ, we Włoszech, we Francji, w Niemczech, w Belgii, w Wielkiej Brytanii, nie mówiąc o Rosji, Ukrainie czy innych państwach III świata.


M: W wielu utworach odwołujesz się do tematyki metafizycznej. Zależy Ci na tym, żeby czytelnik zastanowił się nad tym, w co wierzy i dlaczego, być może otworzył oczy, czy raczej jest to po prostu temat bliski sercu?

JP: Zawsze współczułem ateistom, gdyż od kiedy pamiętam, istnienie nadprzyrodzonej istoty, czy istot oraz życia po śmierci było dla mnie oczywistością. Ja rzeczywiście często zadaję pytania dotyczące kwestii duchowych. Skąd się wzięliśmy, komu służymy, jaki jest wpływ naszego postępowania na świat, jakie są nieprzekraczalne granice człowieczeństwa, dokąd zmierzamy, czy nasze uczynki zostaną osądzone, a jeśli tak to przez kogo? W zeszłym roku o mało nie zginąłem w zamachu terrorystycznym. Zabrakło, jak kto woli, stu metrów lub pięciu minut. Takie zdarzenie budzi pokorę… Opowiem Ci niesamowitą historię i z ręką na sercu przysięgam, że jest to prawda, tylko prawda i szczera prawda. Na drugim roku studiów bawiliśmy się z przyjaciółką w grę polegającą na zadaniu pytania, a potem otwarciu na oślep Biblii i wskazaniu palcem konkretnej linii. Zadałem pytanie „czy Bóg istnieje?” i kiedy otworzyłem oczy mój palec dotykał zdania „JA JESTEM”. Można dostać wyraźniejszy sygnał?


M: Najnowszy zbiór opowiadań Świat jest pełen chętnych suk zbiera znakomite recenzje. Znów jednak pojawia się kontrowersja, być może prowokacja. Bo dlaczego przy tak szerokim spektrum poruszanych tematów (pojawia się historia, Bóg, znakomicie przemyślana Planeta Masek) akurat tamto opowiadanie wybrałeś jako tytułowe?

JP: Bo to jest kapitalny, dynamiczny tytuł. W dodatku taki, obok którego tylko niewiele osób przejdzie obojętnie. Wydawnictwo patrzyło na ten pomysł sceptycznie, proponując tytuł Piękna i Bestia. Ale chyba przyznasz, że nie ma on tej samej siły nośnej. W dodatku można patrzeć na niego nie tylko z męsko-damską dosłownością.


M: W opowiadaniu Zielone pola Avalonu przywołujesz postać Anne Rice. Czym się kierowałeś? Słabością do dzieł autorki, taki prywatny hołd?

JP: Tam jest więcej podobnych „przymrużeń oka”. Główna bohaterka nazywa się Rose, w hołdzie dla powieści Stephena Kinga Rose Madder i mieszka na Elm Street, a więc na znanej z cyklu horrorów ulicy Wiązów, gdyż w jej domu właśnie od lat trwa przerażający koszmar.


M: Wracając do wspomnianych opowiadań o agencie O’Reillym z Planety Masek. Podobno namawiano Cię już nie raz do rozbudowania tego wątku. Pozwolę sobie dołączyć do tej grupy krzyczącej – jeszcze, jeszcze! A tak bardziej serio, czerpałeś z jakiś orientalnych kultur tworząc własne zależności społeczne? Niektóre skojarzenia nasuwają się same…

JP: Może Cię zaskoczę, ale pisząc opowieści o Taurydzie wcale nie myślałem o dawnej Japonii, chociaż teraz tak właśnie kojarzy się to wielu Czytelnikom. A co do kontynuacji… Pierwszy raz powiem to oficjalnie: jednak powstanie zbiór opowiadań, których akcja toczyć się będzie na Planecie Masek. Przez wiele lat uciekałem od tego tematu, teraz jednak zdecydowałem, by powrócić do świata pięknej i groźnej Taurydy. Namawiali mnie na to wszyscy: Czytelnicy, wydawca, recenzenci. I to nie jest też tak, że będę pisał tylko i wyłącznie pod presją rynku, bo po pierwsze wykreowałem uniwersum, w którym dobrze się czuję, a po drugie agent O’Reilly to postać mająca wiele wspólnych cech ze znanym z trzech książek inkwizytorem Mordimerem Madderdinem.

                                                                                                                                                             więcej>>

Autorzy